Ubranie po domu – dla wielu sprawa błaha, ale wiem, że dla niektórych dość problematyczna kwestia. Przed nami jesień i zima, podczas których będziemy więcej przebywać w domowych pieleszach, poniżej o tym dlaczego, wg mnie warto poświęcić w ten czas trochę uwagi tematowi ubrań po domu.

Podczas pierwszego urlopu macierzyńskiego, miałam stosunkowo dużo czasu (długa zima, czas podczas karmień) na przemyślenie wielu spraw, odpowiedzenie sobie na wiele pytań, odnalezienie się w nowej, dość trudnej rzeczywistości. Doznałam pewnego rodzaju olśnienia, na nowo spojrzałam na pewne sprawy (myślę nad osobnym postem nt temat). Jednym z odkryć było uświadomienie sobie – jak ważne jest dla mnie bycie zadbaną i ogarniętą i jak ogromne znaczenie ma to dla mojej psychiki. Lubię być w tzw. gotowości. Czuję się wtedy lepiej, łatwiej jest mi przetrwać gorsze chwile, a także bez problemu szybko zebrać się i dostosować się do zmieniających się planów. Dotarło do mnie w jak dużej mierze, za ten stan odpowiedzialne jest ubranie. Jak z Kopciuszkiem, wystarczyła piękna suknia, aby czuła się królową balu. Ja też w starych, poplamionych i dziurawych łachach (zostawionych po porządkach z etykietką „po domu”), które często nosiłam, czułam się jak KOCMOŁUCH. Od tamtej pory staram się pilnować tego jak się ubieram. Doszłam do wniosku, że moje „ubranie domowe” nie powinno się, w zasadzie różnić, od tego co noszę na co dzień, „do ludzi”, bo w takich strojach czuję się najlepiej. Na pewno w mojej garderobie domowej nigdy nie znajdą się dresy, jak wygodne by one nie były: nie i już. Na szczęście w tym zgadzam się w 100% z moim mężem, który powiedział: „jak mnie zobaczysz któregoś razu na kanapie w dresach – to mnie dobij”.

Daleka jestem od decydowania za kogoś co ma nosić po domu, bo każdy z nas w czymś innym dobrze się czuję. Namawiam tylko do pilnowania tego by właśnie „dobrze się czuć”. Szczególnie młodej mamie łatwo jest ulec pokusie, siedzę w domu, więc nieistotne jest, co mam na sobie, a stąd już prosta droga do spowolnienia swoich działań i zepchnięcia się na margines. Ładne schludne ubranie, zrobiony makijaż (nawet, a właściwie zazwyczaj  „no make up”) mnie osobiście dodają chęci do działania. Rozmemłana, nieogarnięta funkcjonuję jak zombie. Zamiast czuć się zrelaksowana i odpoczywać, zdekoncentrowana kręcę się bez celu, z kąta w kąt. Dom to miejsce, w którym spędzamy sporo czasu, dlatego tak jak dbamy o przedmioty, którymi się otaczamy, przyłóżmy wagę do tego co mamy na sobie (dotyczy to także piżam!). Ubranie „po domu” to także element modoterapii czyli poprawiania sobie humoru za sprawą ubrań.

Po czasie w poradnikach na temat francuskiego stylu życia znalazłam potwierdzenie swojej teorii. Znowu się okazało, że Francuzki to już od dawna każdego dnia korzystają ze swoich najlepszych ubrań. Aby ich nie poplamić, podczas prac domowych zakładają na nie fartuszek.

Fragment z książki „Zawsze szykowna” Tish Jett:

W czterech ścianach łatwiej jest też rozpocząć swoją przygodę w noszeniem kolorów. Wszelkie eksperymenty mile widziane – jeśli tego chcesz lecz z jakiegoś powodu masz przed tym opory, zacznij to robić na znanym Ci gruncie. Przyzwyczaisz się do siebie w danym kolorze, albo zrozumiesz, że nie jest on dla Ciebie i później będzie Ci łatwiej wkomponowywać radosne barwy do stylizacji „na zewnątrz”.

Poniżej kilka przykładów, co można wybrać z oferty sklepowej. W niektórych sklepach jak np. Oysho na ich stronie internetowej można znaleźć specjalną kategorię: homewear. Często w Biedronce czy w Pepco można dostać fajne rzeczy, którymi można zastąpić te dziurawe i poplamione dotychczas noszone po domu.

Czy ktoś z Was pamięta hit lat 90-tych – kobiece kapcie z puszkiem/pomponem? Myślę, że ciągle jednak są synonimem kiczu, ale tym z Oysho trzeba przyznać że wyglądają elegancko:

Poniżej: dwie pary z starej kolekcji Oysho

i cztery pary, aktualnie dostępne:

  1. Fioletowe 2. Różowe  3. Cieliste  4. Czarne

Kiedyś byłoby to dla mnie nie do pomyślenia, ale ostatnio zdarza mi się zamiast kapci/klapek nosić po domu baleriny. Złote albo czarne:

Różowy metalik z H&M:

Najbardziej lubię zestawienie dłuższy sweter/tunika + legginsy:

Z lewej: sweter oversize z ozdobnymi suwakami Mohito i legginsy z lampasami ze skóry ekologicznej również z tego sklepu.

Albo jeansy + sweter lub top w paski. Unikam jednak łączenia topu z legginsami na sobie:

Top w środku: Pepco, czarne legginsy z dżerseju H&m

I jeszcze kilka inspiracji:

Od lewej: 1) sweter w paski Cubus ;  2) sweter z odkrytymi ramionami też z Cubusa

Żałuję, że nie kupiłam nic z kolekcji wiosna 2017 w sklepie Springfield:

 

W Pepco też można coś znaleźć:

W ofercie Biedronki często są fajne bawełniane bluzki:

Zdjęcia: materiały prasowe marek odzieżowych

Mogą Ci się również spodobać

Zostaw odpowiedź